Wyrazy uznania od Pani Konsul
Nasi uczniowie w Hongkongu
Model UNESCO to interaktywna, prowadzona przez młodzież forma nauki przez doświadczenie, w ramach której uczestnicy symulują posiedzenia odbywające się w strukturach UNESCO, występując jako przedstawiciele państw członkowskich i konsekwentnie angażując się w realizację Celów Zrównoważonego Rozwoju (SDGs).
Uczestnicy rozwijają kluczowe kompetencje interdyscyplinarne takie jak umiejętność współpracy oraz prowadzenie negocjacji, myślenie krytyczne, debatowanie oraz umiejętność kompleksowego rozwiązywania problemów a wszystko, rzecz jasna, w języku angielskim. Nawiązują oni również kontakty z ambitnymi młodymi uczniami z całego świata, ucząc się od siebie nawzajem.
Punktem kulminacyjnym wydarzenia było oficjalne przyjęcie, podczas którego uczniowie mogli skosztować lokalnych przysmaków, ceremonia wręczenia nagród oraz występy przybliżające kultury państw członkowskich. Nasi uczniowie godnie zaprezentowali nasz kraj oraz ŻAGLE wygrywając jedną z nagród – Best Stratedy Award – przez zespół Andrzeja Wardaka oraz Krzysztofa Szołajskiego, a na koniec integrując i wprawiając w doskonały nastrój wszystkich gości ceremonii przez wspólne odtańczenie poloneza na sali bankietowej.
Uczniowie poza konferencją mieli również możliwość zanurzenia się w orientalnej kulturze Hongkongu oraz zwiedzania tego niezwykłego miasta napawając się takimi widokami jak panorama ze Wzgórza Wiktorii na jedno z największych centrów finansowych i portów morskich świata z rekordową liczbą wieżowców.
A tak wspomina te dni nasz absolwent, a już niedługo student prawa na Uniwersytecie Warszawskim – Krzysztof Szołajski:
Hongkong – codzienne zdumienie
„Stary, TO SIĘ DZIEJE”! Z takim okrzykiem przywitałem Andrzeja o 4.30, wsiadając do taksówki. Rozpierała mnie ekscytacja, która wykładniczo wzrastała wraz z jet-lag-owym zmęczeniem podczas kolejnych przesiadek lotniskowych. Sen zmorzył mnie dopiero w Airbusie A330 lecącym z Bangkoku do Hongkongu.
W tym wszechobecnym oniryzmie potęgowanym przez półprzytomnych kolegów, sunęliśmy przez liczne kontrole na lotnisku Chek Lap Kok. Pominę w tym opisie ucieczki przed jawą i spanie pod stołem w poczekalni, skąd miał nas zabrać autokar do hotelu położonego w urokliwej dzielnicy Sha Tin.
Z okna mojego pokoju widać było rzekę Shing Mun i okalające ją charakterystyczne dla Hongkongu bloki. Jednakże słowo „blok” odbiera patos tym zdumiewającym budynkom, piętrzącym się aż do chmur. Mimo swoich rozmiarów są one głęboko zakorzenione w krwiobiegu miasta, tworząc spójny krajobraz wraz z zielonymi pagórkami i licznymi parkami.
Wspomnianą rzekę przekroczyliśmy już pierwszego dnia w drodze na obiad, a samo chodzenie na posiłki stało się moim ulubionym zajęciem. Niezmiernie cieszyłem się na myśl, że przez najbliższy tydzień dam się porwać chińskiej gastronomii, której z takim utęsknieniem szukam teraz w Polsce.
Dzień lub dwa po przybyciu do Hongkongu, nadal głodni wrażeń, wybraliśmy się na wycieńczającą, lecz zupełnie wartą wschodu, wycieczkę w góry. Slalomem przedzieraliśmy się przez zachwycającą florę i slalomem uciekaliśmy przed zatrważającą fauną, a dokładnie przed monstrualnym pająkiem Nephila pilipes.
Górski las w Hongkongu wydawał mi się dziwnie znajomy. Czułem, że był pewnego rodzaju projekcją moich wspomnień z dziecięcej wyobraźni. Każdy krok w głąb lasu otwierał w mojej głowie zardzewiałe już furtki do marzeń sprzed wielu lat. Rozpościerający się ocean falujących koron drzew i ukryte przed zębem czasu zakątki, ławki i drewniane stoły tworzyły bezpieczną i niemal magiczną przestrzeń, w której spędziliśmy około pięć godzin.
Po dotarciu na szczyt przed naszymi oczami ukazał się widok metropolii. Budynki wyrastały z ziemi już u podnóża gór i ciągnęły się aż do widocznych na horyzoncie kolejnych wzniesień. Miasto stanowiło naturalny dziedziniec dla otaczającej go przyrody. W oddali widać było kanał morski, który resztkami sił odgradzał od siebie dwie armie szklanych kolosów.
Po godzinie nurkowaliśmy metrem pod tą cieśniną, aby dostać się na bulwary. To z nich obserwowaliśmy pokaz świateł, którymi dwa brzegi regularnie walczą wbijając miliony refleksów w przeciwległe okna, nie pozwalając mieszkańcom zmrużyć oka wieczorową porą.
Wyczerpani i nasyceni wrażeniami wracaliśmy do hotelu, planując już następną wycieczkę. Chcieliśmy przekroczyć dotychczasowe wrażenia, doświadczyć legendarnych Chin i w pełni wykorzystać nasz niedługi pobyt w zupełnie innym dla nas świecie. Na nocnych obradach w naszym pokoju hotelowym wybraliśmy ostatni cel zwiedzania – Makao.
Chińskie Las Vegas przytłoczyło nas już podczas jazdy autokarem po najdłuższym na świecie moście morskim mierzącym około 55 kilometrów długości. Po wyjściu z autokaru przesiedliśmy się w darmowe autobusy opłacane przez kasyna. W ten sposób przedostaliśmy się do niebotycznego kompleksu kasyn górujących na liście największych tego typu obiektów na świecie. Miliardy dolarów wpompowane w hotele i kasyna pomogły zbudować w hotelu „Venetian” imitację włoskiego miasta wraz ze słynnym placem Św. Marka oraz kanałami, po których pływały prawdziwe gondole. Tuż obok mieścił się hotel „Parisian” z imponującą wieżą Eiffla, a po drugiej stronie ulicy rozpościerał się gmach budynku stylizowany na klasyczną architekturę Londynu.
Drogi czytelniku, proszę się już nie rozglądać, jeszcze zauważysz slumsy na przedmieściach, a tego przecież pragniemy uniknąć. Makao jest wspaniałe! No powiedz, że jest. Powiedz, że kochasz Chiny. Zapraszam już do Golden Busu, zanim będzie za późno i zanim światła dnia zgasną, żebyś nie skończył, jak my polegli na polu bitwy odwiezieni na tarczy z powrotem do Hongkongu, do Sha Tin, do hotelu, do pokoju 237.
Zanim przejdziemy do następnego dnia, proszę zrzucić luźne wycieczkowe ubranie i wskoczyć w garnitur! Nadszedł Ten Dzień, meritum naszej podróży, dla której pokonaliśmy tysiące kilometrów. Konferencja UNESCO.
Pewni siebie stanęliśmy na scenie. Za naszymi plecami pojawiła się prezentacja, nad którą z pieczołowitą starannością pracowaliśmy przez ostatni miesiąc. Owoc naszej pracy miał być właśnie poddany najwyższej próbie. Należało go zatem pięknie zapakować i wytłumaczyć każdy slajd z uśmiechem na ustach, elegancją oraz nieudawaną powagą. Mówiliśmy przecież o rzeczywistych problemach i chcieliśmy wprowadzić realne zmiany w zakresie neurotechnologii! Nasz występ trwał zaledwie kilka minut, ale to wystarczyło, by porwać cały skład sędziowski. Podczas ogłaszania wyników na uroczystej kolacji, nasze nazwiska padły wraz z przyznawaniem nagrody za… Najlepszą Strategię! Bolesny trud opłacił się, było to znakomite ukoronowanie tego wieczoru i całego wyjazdu.
W tym miejscu należy się też wzmianka o naszej drugiej prezentacji na konferencji. Stała się ona impulsem dla pani konsul, by napisać pochwalny list do Liceum ŻAGLE. W ramach przybliżenia polskiej kultury uczestnikom postanowiliśmy wszystkich zaprosić do wspólnego tańca, do poloneza! Całość wyszła raczej komicznie, ponieważ każdy delegat chcąc dać z siebie jak najwięcej, zaczął przeobrażać poloneza we własne tańce ludowe. Skończyło się to wzbogaceniem naszego narodowego tańca o zupełnie nowe, apokryficzne figury i ruchy.
Gdy emocje wreszcie opadły, garnitur znów został zastąpiony przez luźny dres, a najbliższą osobą przez następne dwadzieścia godzin stał się steward Boeinga, dopadło mnie uczucie tęsknoty i nostalgii. Pojąłem, że Hongkong i Makao to nie tylko punkty na mapie, to miejsca, gdzie przepych zderza się z tradycją, szklane wieżowce wyrastają z tropikalnej dżungli, harmonijnie współgrając z dynamicznym życiem mieszkańców. Opuszczaliśmy Hongkong z głową zmęczoną ciągłym zapisywaniem wspomnień. Z pewnością nieprędko tam wrócę, ale cieszy mnie fakt, że chociaż przez chwilę stałem się częścią tego azjatyckiego kociołka, gdzie zdumienie stoi na porządku dziennym.
A tak wspomina te dni nasz absolwent, a już niedługo student prawa na Uniwersytecie Warszawskim – Krzysztof Szołajski:
Hongkong – codzienne zdumienie
„Stary, TO SIĘ DZIEJE”! Z takim okrzykiem przywitałem Andrzeja o 4.30, wsiadając do taksówki. Rozpierała mnie ekscytacja, która wykładniczo wzrastała wraz z jet-lag-owym zmęczeniem podczas kolejnych przesiadek lotniskowych. Sen zmorzył mnie dopiero w Airbusie A330 lecącym z Bangkoku do Hongkongu.
W tym wszechobecnym oniryzmie potęgowanym przez półprzytomnych kolegów, sunęliśmy przez liczne kontrole na lotnisku Chek Lap Kok. Pominę w tym opisie ucieczki przed jawą i spanie pod stołem w poczekalni, skąd miał nas zabrać autokar do hotelu położonego w urokliwej dzielnicy Sha Tin.
Z okna mojego pokoju widać było rzekę Shing Mun i okalające ją charakterystyczne dla Hongkongu bloki. Jednakże słowo „blok” odbiera patos tym zdumiewającym budynkom, piętrzącym się aż do chmur. Mimo swoich rozmiarów są one głęboko zakorzenione w krwiobiegu miasta, tworząc spójny krajobraz wraz z zielonymi pagórkami i licznymi parkami.
Wspomnianą rzekę przekroczyliśmy już pierwszego dnia w drodze na obiad, a samo chodzenie na posiłki stało się moim ulubionym zajęciem. Niezmiernie cieszyłem się na myśl, że przez najbliższy tydzień dam się porwać chińskiej gastronomii, której z takim utęsknieniem szukam teraz w Polsce.
Dzień lub dwa po przybyciu do Hongkongu, nadal głodni wrażeń, wybraliśmy się na wycieńczającą, lecz zupełnie wartą wschodu, wycieczkę w góry. Slalomem przedzieraliśmy się przez zachwycającą florę i slalomem uciekaliśmy przed zatrważającą fauną, a dokładnie przed monstrualnym pająkiem Nephila pilipes.
Górski las w Hongkongu wydawał mi się dziwnie znajomy. Czułem, że był pewnego rodzaju projekcją moich wspomnień z dziecięcej wyobraźni. Każdy krok w głąb lasu otwierał w mojej głowie zardzewiałe już furtki do marzeń sprzed wielu lat. Rozpościerający się ocean falujących koron drzew i ukryte przed zębem czasu zakątki, ławki i drewniane stoły tworzyły bezpieczną i niemal magiczną przestrzeń, w której spędziliśmy około pięć godzin.
Po dotarciu na szczyt przed naszymi oczami ukazał się widok metropolii. Budynki wyrastały z ziemi już u podnóża gór i ciągnęły się aż do widocznych na horyzoncie kolejnych wzniesień. Miasto stanowiło naturalny dziedziniec dla otaczającej go przyrody. W oddali widać było kanał morski, który resztkami sił odgradzał od siebie dwie armie szklanych kolosów.
Po godzinie nurkowaliśmy metrem pod tą cieśniną, aby dostać się na bulwary. To z nich obserwowaliśmy pokaz świateł, którymi dwa brzegi regularnie walczą wbijając miliony refleksów w przeciwległe okna, nie pozwalając mieszkańcom zmrużyć oka wieczorową porą.
Wyczerpani i nasyceni wrażeniami wracaliśmy do hotelu, planując już następną wycieczkę. Chcieliśmy przekroczyć dotychczasowe wrażenia, doświadczyć legendarnych Chin i w pełni wykorzystać nasz niedługi pobyt w zupełnie innym dla nas świecie. Na nocnych obradach w naszym pokoju hotelowym wybraliśmy ostatni cel zwiedzania – Makao.
Chińskie Las Vegas przytłoczyło nas już podczas jazdy autokarem po najdłuższym na świecie moście morskim mierzącym około 55 kilometrów długości. Po wyjściu z autokaru przesiedliśmy się w darmowe autobusy opłacane przez kasyna. W ten sposób przedostaliśmy się do niebotycznego kompleksu kasyn górujących na liście największych tego typu obiektów na świecie. Miliardy dolarów wpompowane w hotele i kasyna pomogły zbudować w hotelu „Venetian” imitację włoskiego miasta wraz ze słynnym placem Św. Marka oraz kanałami, po których pływały prawdziwe gondole. Tuż obok mieścił się hotel „Parisian” z imponującą wieżą Eiffla, a po drugiej stronie ulicy rozpościerał się gmach budynku stylizowany na klasyczną architekturę Londynu.
Drogi czytelniku, proszę się już nie rozglądać, jeszcze zauważysz slumsy na przedmieściach, a tego przecież pragniemy uniknąć. Makao jest wspaniałe! No powiedz, że jest. Powiedz, że kochasz Chiny. Zapraszam już do Golden Busu, zanim będzie za późno i zanim światła dnia zgasną, żebyś nie skończył, jak my polegli na polu bitwy odwiezieni na tarczy z powrotem do Hongkongu, do Sha Tin, do hotelu, do pokoju 237.
Zanim przejdziemy do następnego dnia, proszę zrzucić luźne wycieczkowe ubranie i wskoczyć w garnitur! Nadszedł Ten Dzień, meritum naszej podróży, dla której pokonaliśmy tysiące kilometrów. Konferencja UNESCO.
Pewni siebie stanęliśmy na scenie. Za naszymi plecami pojawiła się prezentacja, nad którą z pieczołowitą starannością pracowaliśmy przez ostatni miesiąc. Owoc naszej pracy miał być właśnie poddany najwyższej próbie. Należało go zatem pięknie zapakować i wytłumaczyć każdy slajd z uśmiechem na ustach, elegancją oraz nieudawaną powagą. Mówiliśmy przecież o rzeczywistych problemach i chcieliśmy wprowadzić realne zmiany w zakresie neurotechnologii! Nasz występ trwał zaledwie kilka minut, ale to wystarczyło, by porwać cały skład sędziowski. Podczas ogłaszania wyników na uroczystej kolacji, nasze nazwiska padły wraz z przyznawaniem nagrody za… Najlepszą Strategię! Bolesny trud opłacił się, było to znakomite ukoronowanie tego wieczoru i całego wyjazdu.












